... został fotograficznym piewcą Węgrowa.


 

Droga Pani Violetto,
czytam (75 str.), smakuję i podziwiam Pani Pióro. Dziękuję za Artyzm. Wielość szczegółów w każdym obrazie opowiadania maluje sceny planów z  zachowaniem perspektywy tworzącej trójwymiarowe przestrzenie - zachęcające do wejścia w nie...

 

Violetta Nowakowska

Dopóki istnieli 

(wybrane fragmenty dotyczące mojej osoby)

 


Fotografie

...

   Doskonałe zdjęcie. Mimowolnie analizuję kadr, światło i głębię ostrości. Autorem jest prawdopodobnie Zbyszek — fotografię dostałam od niego. 

   Ta druga, którą przysłał mi niedawno w liście, jest autorstwa węgrowskiego artysty Michała Kurca. 

   Wchodzę czasem na jego stronę, rozpoznaję znajome miejsca. Ile uwagi, szacunku do fotografowanego obiektu. Piszę maila do autora zdjęć, przedstawiam się, proszę o rozmowę. Odpowiedź dostaję następnego dnia: miły list i numer telefonu. - str. 87,88.



Przeznaczenie 

 

Credo Michała Kurca, który z wyboru i ze zrządzenia losu został fotograficznym piewcą Węgrowa, to słowa jego babci. „Bądź dobrym człowiekiem”. Pobrzmiewały mu w uszach całe życie. 

   To, że kieruje się nimi teraz, jako człowiek dojrzały, dziwić raczej nie może. To dowiedziona prawidłowość: gdy tracimy zdolność słyszenia i słabiej odbieramy bodźce zewnętrzne, dostajemy w zamian cenną rekompensatę. Rozwijają się pozostałe zmysły, wyostrza się słuch wewnętrzny. Łatwiej rozpoznajemy szlachetne tony i szybciej wychwytujemy fałszywe. 

Mały Michaś najwyraźniej posiadł tę umiejętność jako dziecko. Słowa babci Zosi schował na dnie serca i zaczął wprowadzać w życie. 

— W szkole byłem rozjemcą. Jak tylko zobaczyłem, że ktoś się kłóci, leciałem negocjować. 

   Zofia Paskowa musiała być mądrą kobietą, z wnukiem rozmawiała dużo, odpowiadając cierpliwie na każde pytanie, i więcej jeszcze dopowiadała od siebie. Z jej chałupy — raju swojego dzieciństwa — vis a vis browaru w Sokołowie Podlaskim Michał zapamiętał piec, krosna i dwa obrazy wiszące na kuchennej ścianie. 

— A co z fotografią? 

— Wygląda na to, że była mi pisana.

      

   Pierwsze zdjęcie — portret babci i dziadka — zrobił w wieku pięciu lat. Aparat skrzynkowy marki Kodak Brownie był własnością jego wujka Antoniego Świszczewskiego. Ten z natury otwarty człowiek, widząc ekscytację siostrzeńca, włożył w jego ręce czarną skrzynkę z podwójnym okienkiem i pozwolił fotografować.

Na pierwszym od góry: Zofia i Jan Paskowie - moje pierwsze zdjęcie z 1954 roku. Na drugim zdjęciu od lewej: Mirka Pasek moja cioteczna siostra, Michaś Kurc - autor zdjęcia Zofii i Jana Pasków,

moja Mama Kazimiera Kurc (Pasek) i jej siostra Jasia Pasek. Autor drugiego zdjęcia Antoni Świszczewski.  

 

Zofia i Jan Paskowie, przejęci chwilą, zastygli na tle przydomowego ogródka. Przed nimi, nieco z boku, kwitną piwonie. Jest rok 1954. 

 

— Odwiedziłem to miejsce po pięćdziesięciu latach. Obecnego właściciela tego domu poprosiłem, żebym mógł wejść do środka. 

— Jak się wtedy myśli? 

— Naiwnie. Wydawało mi się, że czas będzie dla mnie łaskawszy. Wyobraziłem sobie, że wejdę i zobaczę to wszystko: łóżko babci, jej warsztat tkacki, może nawet babcię stojącą w głębi chałupy — śmieje się sam z siebie. — Oczywiście nic z tego. Zaczęło się już źle dla moich wspomnień, bo pierwsze, co zobaczyłem, to wymienione drzwi, a za nowymi drzwiami całkiem inne wnętrze.

 

 Nie został nawet duch tamtej epoki. Ogromnie rozczarowany wyszedłem na zewnątrz szukać w ogródku piwonii, chciałem znaleźć miejsce, gdzie stali dziadkowie. 

— I? 

— Piwonie już tam nie rosną. — Panie Michale, wróciłam właśnie z Węgrowa po długiej nieobecności. Zazdroszczę panu, że pan tam jest na co dzień, że wstaje pan i od rana może chodzić po tych uliczkach. Ale pewne zmiany, które zastałam po latach… Cóż, niektóre obrazy były dla mnie bolesne. Co pan zrobił ze swoim smutkiem? 

— Żona była ze mną. Poszliśmy na spacer wzdłuż dawnej Wiejskiej i Szpitalnej. Oboje urodziliśmy się w Sokołowie Podlaskim, w pałacu na Przeździatce. Pomogła mi przeboleć zmiany, wie pani, jesteśmy ze sobą bardzo związani — jutro jest czterdziesta druga rocznica naszego ślubu. - str. 88, 89.

 


Wesele


Czy mogłam wobec tego nie pomyśleć o moich najbliższych sąsiadach? Czy mogłam nie powiązać czterdziestej drugiej rocznicy ślubu państwa Kurców z czterdziestą dziewiątą rocznicą państwa Saczuków? Czy mogłam nie wrócić myślami do tego sierpniowego poranka, gdy Zdzisław stanął w progu ze snopkiem czerwonych róż i ze wzruszeniem całował żonę? - str. 90.

 

 


Odwracanie świata

 

Jak zawsze wtedy, gdy natrafię na węgrowski wątek, telefonuję do Zofii do Warszawy — imperatyw wewnętrzny, skoro jak sama powiedziała kiedyś: „mamy ten sam kącik urodzenia”… 

— Pani Zosiu, proszę nie zrozumieć mnie źle, ale jak na typowy sztetl, w którym z setki sklepów tylko dziesięć należało do Polaków, trochę słabo z tym wątkiem żydowskim w Węgrowie. Spotykam fantastycznych ludzi, oddanych sprawie pasjonatów: dyrektorkę biblioteki, nauczyciela historii, fotografika, młodego naukowca; piszą, szukają, publikują — są przejęci tematem. 

 

Robią doskonałą robotę, a w wizerunku miasta specjalnie tego nie widać. Nikt z mieszkańców się do tych korzeni nie przyznaje. Coś jest na rzeczy. Zdaniem pani, skąd to się bierze? Wojna odcisnęła piętno? 

— Raczej ten czas, który przyszedł później, sześćdziesiąty ósmy. - str. 134

 


Szklanka herbaty

...

   Siedemdziesiąt lat po wojnie Michał Kurc fotografować będzie Treblinkę. Zdjęcia z sesji umieści na swojej stronie i opatrzy wierszem Heleny Birenbaum. 

   Poetka odkryje to po latach i składając artyście podziękowania, zakończy list przejmującym wyznaniem. „Pozdrawiam Was wraz ze swym mężem Henrykiem, również warszawianinem, którego cała rodzina zginęła”. - str. 145


Odpust 

 

W tych samych drzwiach fary, w których przed laty w godzinę śmierci swojej mamy Stasia Pieńkowska kuliła się z bólu we dwoje, w tym samym miejscu, gdzie Kaziutek Rychlik przed wejściem do kościoła otrzepywał ze śniegu palto, dokładnie tam, może nawet tego samego roku, tylko parę miesięcy później, zatrzymał się w przejściu mały Michaś Kurc z Sokołowa. Był odpust i do węgrowskiej fary chłopi ściągali ze wszystkich okolicznych miejscowości.

 

... 

— Miałem dwa lata — opowiada Michał Kurc. — Przyjechałem z mamusią i tatusiem wozem zaprzęgniętym w konia, którym powoził mój dziadzio. To musiał być rok pięćdziesiąty pierwszy. Mieliśmy się spotkać po mszy z rodziną z Warchoł. Dwóch braci dziadzia, Kazimierz i Władysław, mieszkało tam z żonami i dziećmi. 

   Rodzina miała wypatrywać się na dziedzińcu przed farą. Kościół nabity był ludźmi. Kazimiera Kurc, rok urodzenia 1928, wtedy dwudziestotrzyletnia młoda mama, najpierw mocno trzymała za rękę dziecko, żeby nie zgubiło się w tłumie, a następnie wybrała miejsce blisko drzwi, nie przepychając się do środka. Przyklękła na oba kolana, a razem z nią klęknął jej dwuletni synek. Msza odpustowa ma swoją świąteczną i długą liturgię, przeciągała się zwykle do dwóch godzin. 

— Mamusia opowiadała mi, że cały ten czas spędziłem na klęczkach. „Nie wiem co mu się stało”, relacjonowała później wszystkim z rodziny. „Żeby takie małe dziecko wytrzymało tyle czasu w tej pozycji?! I ani razu nie zapłakał ani nie marudził. Stary by tyle bez stęknięcia nie wytrwał”. 

Dorosły Michał Kurc — jak wielu artystów, człowiek o niecodziennej wrażliwości — dopatruje się w tym znaku. 

— Oto, jak się w życiu układa. W 1951 roku dwuletnie dziecko wytrwale klęczy przed kościołem farnym w Węgrowie, a później wraca tutaj po latach. Bo widzi pani, Sokołów nie chciał mi przyjść z pomocą — chociaż przepracowałem tam całe życie. Węgrów mnie przyjął, uhonorował — z puli wojewody siedleckiego w 1988 dostałem tutaj mieszkanie. Dla mnie są to rzeczy zadziwiające, spinają ładną klamrą przeszłość z przyszłością. 

— Chce pan powiedzieć, że jako dwulatek wymodlił pan sobie Węgrów i to mieszkanie? 

— Pani uważa pewnie, że to śmieszne? — Nie, przeciwnie. Mam wiele szacunku dla ludzkich odczuć. Boję się świata odartego z mistycyzmu. Dziękuję, że pan mi o tym opowiedział. 

   Od tego momentu artysta służyć będzie swojemu miastu niestrudzenie. Na co dzień penetruje ciche zaułki, w święta pozostaje w centrum wydarzeń. 

Po wielu latach skomentował tę sprawę dawny dyrektor Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach. 

„Witaj, Michale! 

Serdeczne gratulacje za niezwykle piękne zdjęcia i żałuję, że Sokołów nie potrafił Cię zatrzymać, chociażby przez przydzielenie Ci mieszkania, którego tak potrzebowałeś, ale wtedy (lata siedemdziesiąte) ważniejsi byli namaszczeni przez partię jej działacze, my zaś, ludzie kultury, niewiele mogliśmy temu zaradzić. Podziwiam Twoją technikę i warsztatowe innowacje i jeszcze raz żałuję, że w Sokołowie położono tak doskonale rozwijającą się «Sokołowską szkołę fotografii». Byliśmy przecież niekwestionowanym liderem w byłym woj. warszawskim. Płock był drugi, a Wołomin trzeci.

 

 Jestem na zdjęciu - trzeci od lewej, w towarzystwie miłośników sztuki fotograficznej podczas wernisażu wystawy, prawdopodobnie w 1978 roku. Fot. Grzegorz Piaskowski. Podpis pod odbitką na planszy: "Wystawy fotograficzne w Domu Kultury". 

 

Z grona członków klubu fotograficznego tylko Ty dalej, i to z takimi sukcesami, parasz się tą piękną dyscypliną sztuki i Kuba Pietrzykowski w dalekim Chicago prowadzi studio fotografii reportażowej. O Leszku Piećce, Heńku Rudasiu nic mi nie wiadomo, a przecież to Oni zdobywali laury na ogólnopolskich konkursach fotograficznych. 

Niedawno zmarł śp. Heniek Rosochacki, a wraz z Nim odeszła nadzieja na kontynuację pięknej tradycji, chyba że obecna dyrektor namówi Ciebie do współpracy, co powinna zrobić jak najszybciej i za każdą cenę. Motywację niech czerpie z Twoich zdjęć. Serdecznie pozdrawiam, W. Kruszewski”. 

 

21 czerwca 2011 roku Michał Kurc fotografuje odpustowe koszyczki, kozy prostyńskie, umieszcza na swojej stronie „wygrzewające się w słońcu obarzanki” i zdjęcia straganów rozstawionych wzdłuż ulicy Kościelnej.

  Nie zabraknie go również, gdy z okazji sześćsetlecia istnienia parafii miasto urządzi jarmark. Obejrzeć można w jego licznych ujęciach strojny orszak Jana Bonawentury Krasińskiego herbu Ślepowron — historycznie rzecz ujmując, najważniejszą personę miasta. To Krasiński odziedziczył po ojcu Węgrów i rozbudował go, nie szczędząc kiesy. 

 „Jak Włosi Węgrów budowali”. Fot. Michał Kurc.

 

Gdy mieszkańcy wypełnią tłumnie rynek, by na własne oczy zobaczyć „Jak Włosi Węgrów budowali”, Michał Kurc będzie tam obecny. Jak zawsze. Widać go, jak przemyka dyskretnie pomiędzy zgromadzonymi i schowany za obiektywem, zapisuje miasto. str. 175-178.


Uliczka Mikla

 

Michał Kurc przysyła mi zdjęcie wujka Janusza Deszczyńskiego malującego drzwi w swoim zakładzie fryzjerskim.

Wzruszona, rewanżuję mu się dawnym tekstem o Chai. Jest w nim Węgrów z 1975 roku. Trzeba by mieć duszę Herberta, aby oddać klimat tych miejsc, tchnąć w opis zapach przeszłości. Jaka szkoda, że moje miasto nie ma swojego Chagalla, Miłosza, Słonimskiego lub Prousta. - str. 193.


Tęsknota 

 

W trawach i ścierniskach odnajduję siebie sprzed lat. Czasem siadam przy stole i przeglądam w nieskończoność fotografie Michała Kurca... - str.216.

 


 

Tylko w Węgrowie

Z cyklu: Zapisane obiektywem



Copyright © design and photos by Michał Kurc